do brzozy przytulona

  

 

nadchodzi nieuchronnie szelestem liści

złotorudych, wiatrem niesiona, lśni

jej warkocz długi, kasztanowy

niesfornie przez widnokrąg przerzucony


przegląda się w lustrze jeziora

odnajduje odbicie swe w kolorach

brązach, żółcieniach, czerwieni

odcienie te niebawem w szarość zamieni


cynobrem jarzębiny woła

łez rzęsistym deszczem chłodzi dokoła

pochyla się nad borowikiem

nagich drzew nie cieszy się krzykiem


wicher nagle ją na pola przygna

choć ona najchętniej w lesie by zastygła

broni się przed koniecznością istnienia

w przemijaniu szuka swego spełnienia


pojawia się o świcie na łąkach

we mgle, wieczorem na wrzosowiskach

tęczówki zielenią ciemną błyśnie

do brzozy przytulona słońcem zgaśnie